Przetestowałem Revoluta w boju

Revolut to usługa, której części z Was na pewno nie trzeba przedstawiać, a jeśli trzeba to w skrócie: To brytyjski fintech – bank w aplikacji, oferujący kartę wielowalutową. Naprawdę wielowalutową bo bez żadnych kosztów zapłacimy w 150 walutach a pieniądze możemy trzymać w 28 walutach (w złotówkach też, a nawet w kryptowalutach!). Ponadto oferuje też takie bajery jak ubezpieczenie telefonu lub podróżne po opuszczeniu ojczyzny (czyli wiadomo, dla nas Polski), łatwe dzielenie kosztów ze znajomymi i wiele więcej.

Zacznijmy od początku, jest to felieton, więc trochę tu poopowiadam. Do samej usługi podchodziłem dość niechętnie około roku temu, zaraz jak skończyłem 18 lat, bo tyle ów fintech wymaga żebyś tyle wiosen miał na karku, jeżeli chcesz posiadać w nim konto, kartę i wcześniej wspomniane 28 rachunków walutowych. I tak sobie utworzyłem konto, i w zasadzie o nim zapomniałem, choć regularnie co każdy restore iPhone’a instalowałem apkę Revoluta zaraz obok apki mojego głównego banku, ot tak żeby była. Sytuacja zaczęła się zmieniać na początku tego roku, gdy Revolut ogłosił że dla nowych użytkowników może zaproponować darmową pierwszą fizyczną kartę, a w zasadzie jej dostawę, bo same wytłoczenie karty jest darmowe a 9,90 zł kosztuje dostawa – w tym okresie bank w aplikacji zaproponował kompletnie darmowe zamówienie karty. Ja od razu weryfikuje konto i mój cebulowo-januszowy instynkt zaiskrzył – Skusili mnie. Skusić się możecie także i Wy, ale to na końcu tego felietonu.

Po tygodniu karta do mnie dotarła – na początku zdziwiłem się, że brytyjski fintech wytłacza swoje karty… w Polsce. Otwieram list, a w środku gustownie zapakowana karta – ci co także ją mają to z pewnością wiedzą co mam na myśli. W zasadzie, to ją aktywowałem pierwszą transakcją i to z tego okresu już tyle. Siedziała w moim portfelu jako swego rodzaju karta awaryjna. W międzyczasie pojawił się w naszym kraju Apple Pay a ja otwarłem specjalnie na testy konto w drugim banku. Ale na horyzoncie powoli pojawiały się wakacje.

Wolny czas trzeba jakoś fajnie spędzić, a przy okazji, w końcu sprawdzić Revoluta w boju. Ruszyłem swoje cztery litery i wybrałem się do serca Bałkan, jeszcze do nie dawna targanego wojną domową i jednostronnym ogłoszeniem niepodległości przez jeden z terytoriów autonomicznych tego kraju. Zgadza się – Wybrałem się do Serbii. Ci, którzy obserwują mój profil na Twitterze mogli uświadczyć czegoś jak relacja na żywo z przygotowań i w sumie mogli też łatwo wywnioskować, że bardzo lubię ten kraj i że odwiedzam go już drugi raz. W każdym razie – na etapie przygotowywań do podróży pominąłem kompletnie wybranie się do kantora, wziąłem tylko ze sobą znalezione w domu 10 euro, tak „na wszelki wypadek” i kartę brytyjskiego fintechu. Ja wiem, 10 euro może się wam wydawać niezwykle małe, ale mój wyjazd był, nazwijmy to, „służbowy” – pojechałem tam grać (#Muzyk), w każdym razie zakwaterowanie i wyżywienie było już zapewnione. Pisząc tweeta, że biore ze sobą tylko te 10 euro i kartę Revolut, dodałem:

Wiem, już myślicie, że porywam się na coś wielkiego (albo z motyką na słońce), ale co mi tam. Jak przygoda to przygoda. Tutaj też musi być.

Jak widać, słychać i czuć po tym cytacie – Miałem w głowie wszystkie scenariusze, że to pewnie gdzie będę to będzie problem z akceptowaniem kart, albo że zapomnę wyłączyć zabezpieczenia lokalizacji na karcie (Serbia nie jest w UE, a co za tym idzie – roaming odpada, więc poza hotelem byłem po prostu offline i nie byłem pewny jak aplikacja Revolut zinterpretuje te dane) – jednakże nie było tak źle. Od razu zaznaczam, że nie przebywałem podczas tego wyjazdu w stolicy tylko w dwóch niedużych miastach. Na miejscu okazało się, że niedaleko supermarket i parę mniejszych sklepików. Wybrałem się na tak zwane „zwidy” czy da się płacić kartą, i jak z tym pierwszym nie było żadnego problemu, tak ze sklepikami już była prawdziwa rosyjska ruletka, oczywiście na korzyść braku obsługi, ale niedaleko nich zawsze znajdował się jakiś bankomat więc można było się szybko poratować gotówką.

Koniec końców, przystępujemy do właściwego działania. W końcu trzeba było na bieżąco uzupełniać płyny. (Kto nie był w Serbii, ten nie wie jak tam gorąco.) Tak więc, wybrałem się do supermarketu, zapewne to co wybrałem średnio was interesuje więc przechodzimy do płatności. To co zwróciło moją uwagę to to, że przy wejściu do sklepu widniała naklejka lokalnego oddziału banku Raiffeisen, który informował o akceptacji kart i… płatności zbliżeniowych. U mnie w głowie od razu pojawiła się myśl „wow, szybko zapłacimy”. Jednak, przy kasie okazało się że ów płatności zbliżeniowych po prostu nie ma. W zasadzie wyszedłem na typowego turystę usiłując zbliżyć kartę do terminala bez żadnego efektu, a że kasjerki angielskiego nie rozumiały to nawet nie było się jak wytłumaczyć. No dobra, można było, bo polski jest podobny do serbskiego, no ale wiadomo, całego kontekstu, jeszcze o zgrozo technicznego, nie każdy jest w stanie załapać w przypadku gdy żadna ze stron nie zna swoich języków. Koniec końców zapłaciłem tą „staroświecką” metodą, tj. włożenie karty do terminala i wklepanie PINu. Transakcja zaakceptowana, pięknie. I kurs także był korzystny. Jednakże, serbskie dinary w których płaciłem to waluta której Revolut nie obsługuje jako rachunek, więc nie mogłem wcześniej wymienić złotówek na dinary tylko wymiana następowała w momencie transakcji.

Generalnie podsumowując wyjazd, Revolut sprawdził się znakomicie jako podróżny kompan. Chciałem sprawdzić kurs serbskiego dinara w moim banku, i jak się okazało, zostałbym przy każdej transakcji obciążony większym kosztem transakcji gdyż bank nie może bezpośrednio zamienić złotówek na dinary, tylko musi najpierw złotówki zamienić na euro (tutaj mamy pierwszy koszt przewalutowania) i z euro na dinary (drugi koszt przewalutowania). Koniec końców, wydając z revolutem około 25 zł zaoszczędziłem około 6,5 zł, bo taką nadwyżką za przewalutowanie obciążyłby mnie mój bank, gdybym płacił w Serbii polską kartą.

Pomówmy o tym więcej, gdyż tańsze, a w zasadzie zerowe przewalutowania to jedna z kluczowych funkcji aplikacji, fintechu, jak zwał tak zwał. Jego głównym killer-featurem jakim są płatności za granicą bez opłat bankowych i za przewalutowanie. Część z was w tym momencie może łatwo odeprzeć mój argument, mówiąc że w swoim banku ma konto walutowe i kartę którą zapłaci za granicą bez opłat. Ok, rozumiem, ale nie róbmy z tego pustych słów tylko powiedzmy sobie „sprawdzam”:

Banki udostępniają zazwyczaj w aplikacji kurs walut, z jakim bank nas będzie rozliczać. Sprawdziłem kurs dolara w aplikacji mojego banku oraz w aplikacji Revolut, dane pochodzą z 24 sierpnia 2018 z godziny 09:15.

Instytucja finansowa Odkup Sprzedaż
Mój Bank 3,5907 3,8128
Revolut 3,6926 3,6926

Jak widać, kurs dolara tego dnia w Revolucie wyniósł prawie 3,70 zł, a w aplikacji banku 3,81 zł. Jak widać różnica jest znaczna. Może w drobnych kwotach nie będzie aż tak bardzo boleć, lecz co będzie gdy trafimy na jakiś dobry deal na Amazonie lub AliExpress i w tango wejdą większe kwoty? Wtedy różnica może przytłoczyć.
Warto też zaznaczyć, że Revolut nie rozdziela odkupu od sprzedaży – a to oznacza jedno. Oprę to na przykładzie: Wymieniamy 100 zł na dolary. Gdybyśmy to zrobili w kantorze internetowym mojego banku to sprzedaż wynosi 100/3,8128=26,23 dolara. Jednak za chwilę rozmyślamy się i chcemy te dolary z powrotem zamienić na złotówki. Więc odkup dolarów przez bank będzie nas wynosić 26,23*3,5907=94,18 złotych. Revolut teoretycznie pownien zwrócić nam z powrotem pełne 100 zł. W praktyce, z racji tego że fintech odświeża kurs prawie na bieżąco, mogą w tym czasie wystąpić drobne wahania waluty, więc koniec końców dostaniemy sumę około 100 zł, ale z groszowym naddatkiem lub podatkiem.

Jednakże, nie bądźmy pełnymi optymistami, należy wiedzieć, że Revolut w weekendy obciąża nas drobną prowizją za jakiekolwiek dokonane przewalutowania (0,5% wartości transakcji). Wynika to z tego, że w weekendy kursy walut są rzadziej aktualizowane i prowizja jest zabezpieczeniem skoków cen walut. Z resztą, nasze banki robią to samo, jednakże one podwyższają na weekend cenę sprzedaży i obniżają cenę odkupu.

Teraz odpowiedzmy na pytanie, skąd bierze się ta różnica? Otóż, banki po prostu wliczają w daną walutę swoją marżę. W końcu, z czegoś zarabiać muszą. A zarabiają głównie z kredytów, ale część przychodów stanowią również koszty przewalutowań właśnie. Revolut tego nie robi i pobiera kurs dyktowany przez banki centralne danych krajów – w naszym przypadku jest to oczywiście Narodowy Bank Polski. Jeżeli nie wierzycie, to sami możecie wejść na stronę NBP i to sprawdzić. Ewentualnie można to także sprawdzać poprzez zainstalowaną w iOS aplikację Giełda, dodając „rynki” giełdowe. W przypadku kursu dolara podajemy wartość „PLN=X”. W przypadku innych walut podajemy 3-literowy kod tej waluty i obok kod złotówek PLN i „=X”, np. Kurs euro dodajemy wpisując „EURPLN=X”. Ewentualnie można kurs walut sprawdzać drogą analogową, oglądając w telewizji kanały informacyjno-biznesowe lub posłuchać Programu Pierwszego Polskiego Radia, gdzie ów kursy są zawsze przedstawiane w porannych i popołudniowych pasmach.

Revolut jest sam w sobie narzędziem prawie doskonałym. Teraz wypada mi powiedzieć o tym co czyni go prawie doskonałym, a nie w pełni doskonałym. Zacznijmy od tego, że Revolut także musi z czegoś zarabiać. Od tego ma plany Premium, a o nich zaraz. Plan darmowy jest faktycznie darmowy – nie ma żadnych ukrytych kosztów schowanych za kruczkami regulaminu. Jedynym kosztem bardziej „ukrytym” jest wcześniej wspomniana prowizja od przewalutowań w weekendy. Jednakże w przeciągu miesiąca musimy zmieścić się w określonym limicie. W ciągu miesiąca możemy wymieniać za darmo maksymalnie 20 000 złotych, po przekroczeniu tej sumy do każdej operacji ze zmianą waluty (zamiana wewnątrz konta, płatność kartą w innej walucie niż złotówki itp.) jest z dodatkową prowizją w wysokości 0,5% od transakcji. Wypłata z bankomatów również podlega limitom – możemy w ciągu miesiąca na całym świecie wypłacić 800 zł (lub jej równowartość w innej walucie). Operacje po przekroczeniu progu kosztują nas 2% transakcji. Tyle, reszta rzeczy jak dzielenie kosztów, użytkowanie karty itp. są bezpłatne. Plan darmowy pozwala tylko na wygenerowanie jednej karty plastikowej i jednej karty wirtualnej o stałym numerze. Każda kolejna kosztuje nas 23,99 złotych. Tak więc, jeżeli nie jesteśmy jakimś prezesem międzynarodowej firmy to Revolut będzie dla nas bardzo opłacalnym instrumentem finansowym.

Dla tych bardziej Pro, przewidziano plan Revolut Premium w kwocie 29,99 złotych miesięcznie lub 299 zł rocznie, w którym to znosi się limit wymian walut, a limit wypłat z bankomatu podwaja się do 1600 złotych. Dodatkowo, plan Premium umożliwia zamówienie dodatkowych kart fizycznych za darmo (ze specjalnymi wzorami tylko dla Premium), nieograniczoną ilość kart wirtualnych do płatności w internecie, a także umożliwia wygenerowanie wirtualnej karty, której to numer zmienia się po każdej transakcji. Dodatkowo w cenie planu premium uwzględniono ubezpieczenie podróżne, które w planie darmowym jest oczywiście płatne.

A jeżeli to nie wystarcza, to fintech kilka dni temu pokazał nowy plan taryfowy: Revolut Metal. Dzięki niemu mamy możliwość wytłoczenia prestiżowej metalowej karty z usługą moneyback – od każdej transakcji otrzymujemy 1% zwrot jej wartości (wyjątkiem są płatności w Europie – otrzymujemy od nich 0,1% ich wartości), usługę Concierge, dzięki której możemy „z biegu” zabookować pokój w niektórych hotelach, zarezerwować lot lub otrzymać natychmiastowy zwrot pieniędzy w przypadku opóźnienia lotów lub bagażu. Dodatkowo plan Metal podnosi limit wypłat z bankomatów o kolejne 800 zł, więc ostatecznie ten plan umożliwia nam wypłatę 2400 złotych z bankomatu w miesiącu. A sam plan abonamentowy kosztuje 49,99 zł miesięcznie lub 499 rocznie.

A teraz wróćmy do tego, co obiecałem że pojawi się pod koniec wpisu. Dzięki Revolut, czytelnicy Soku z Jabłka którzy dołączą do usługi mogą otrzymać swoją pierwszą fizyczną kartę zupełnie za darmo, podobnie jak ja otrzymałem swoją. Wszystko co należy zrobić to udać się na stronę Fintechu, klikając tutaj. Na tej stronie należy podać swój numer telefonu (na urządzeniach mobilnych należy kliknąć pobierz aplikację/get the app i tam podać numer) – spowoduje to przypisanie numeru do otrzymania darmowej karty. Następnie pobieramy Revoluta z App Store lub Google Play, rejestrujemy się z użyciem tego numeru telefonu, który podawaliśmy na stronie, doładowujemy konto za minimum 20 zł (jest to potrzebne żeby zamówić kartę, aczkolwiek będzie można te 20 zł spokojnie wydać na coś) i zamawiamy kartę. Tyle.