Dlaczego chcę być (albo już jestem) muzykiem?

Czasami, moi bardziej internetowi znajomi dosłownie wystawiają oczy gdy powiem im jaki to świetny koncert ostatnio udało mi się zagrać. Pada pytanie pokroju:

Ale jak to, od kiedy jesteś muzykiem?

Podobne reakcje występują, gdy ktoś przeczyta moje skromne bio na twitterze lub moją osobną stronę-portfolio. A w tym wpisie trochę powiem o sobie i tym, co głównie robię poza internetami.

W tym wpisie opiszę swoje życie artystyczne.

W drugiej części podejmę temat, brzydko mówiąc, „korzyści” z bycia muzykiem.

Także tak, muzyka we mnie zrodziła się bardzo wcześnie, bo już w wieku 4 lat rodzice zauważyli że nucę sobie… pieśni kościelne. To one były moją pierwszą stycznością z żywą muzyką. Ciekawszym faktem było to, że jak już jako małe dziecko chodziłem do kościoła z rodzicami, nie zapamiętywałem niczego poza urywkami melodii z jakiejś pieśni. I tak, mając 5 lat rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje gry na keyboardzie. Tak, to te „pianino na prąd” które znajdzie się w co drugim polskim domu. Szło mi, no jak na 5-latka to nawet dobrze, ale byłem do tego oporny. I jak szybko zacząłem, równie szybko to skończyłem.

Rok 2007, ja, mając lat 8 zostałem przez rodziców posłany na zapisy do szkoły muzycznej. Byłem bardzo niezdecydowany co do wyboru instrumentu, na którym chciałbym się uczyć. Koniec końców, padło na skrzypce. No to papiery złożone, idziemy na testy.

Pamiętam, że mój test czy się w ogóle nadaje był dziwny. W sensie, jak w każdym – badany jest twój słuch (Pani gra ci dwa dźwięki i musisz wskazać który jest wyższy etc.), śpiew i uwaga! Mój test zawierał bonus: Podstawiono mi kartkę, kredki, puszczono Lato z 4 pór roku Vivaldiego i kazano mi narysować to, co widzę w wyobraźni słuchając tego utworu. Pamiętam, że narysowałem łąkę na której szaleje burza. Cóż, wolność interpretacji moi drodzy.

A marzenia nazywaj planami! Tak było 15.04

Post udostępniony przez Maks Motyka (@maksmotyka.jpg)

I tak zacząłem przygodę z muzyką.

Chodząc w pierwszym stopniu, dokładniej w pierwszych trzech klasach, dosłownie nienawidziłem siebie, rodziców i nauczycieli, którzy mieli okazję mnie uczyć. Chyba dobrano mi tych „gorszych”. Potem, przez pozostałe trzy lata jakoś się to uformowało. Pierwszy stopień skończyłem w 2013, po 6 latach, i z lekkim zwątpieniem i strachem posłałem papiery na stopień drugi. O zgrozo, na perkusję. Do dzisiaj nie wiem co mną kierowało. Serio. Ostatecznie zmieniłem wybór na kontrabas.

I to był najlepszy wybór, jaki podjąłem w życiu do tej pory.

Mam na myśli to, że trafiłem w samo sedno mojego zainteresowania muzyką. Szybko się odnalazłem w instrumencie, a jedyne co mi w nim przeszkadza to rozmiar. Trzeba specjalnie mieć przynajmniej SUVa, żeby go jakoś swobodnie przewozić 😂 A tak bardziej na poważnie, czuję że dzięki drugiemu stopniowi dalej się rozwijam i  niejako udowadniam, że obranie muzycznej ścieżki to był dobry wybór. Dzięki temu, że gram podróżuję w różne ciekawe miejsca Polski i nawet jeśli w danym miejscu już byłem, to nadal odkrywam coś nowego. W tamtym roku był to na przykład Rzeszów, gdzie po skończonych próbach (a byłem tam na dwóch dniach prób i koncercie) mogłem swobodnie ze znajomymi podziwiać miasto wieczorową porą (Notabene Rzeszowianie, fajny macie deptak w centrum 😅).

Perfect night shot 👌 #shotoniPhone #Rzeszów #RzeszówNocą

Post udostępniony przez Maks Motyka (@maksmotyka.jpg)

Ponadto, odnoszę wrażenie że jestem jakoś tak bardziej otwarty na ogólnie pojęte piękno, zarówno w sztuce, kulturze, czy w bliskiej mi drugiej osobie. W zasadzie to każdy muzyk czy artysta tak ma, ale chyba nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, lub tego nie wykorzystuje.

Kończymy pierwszą część tego wpisu, w drugiej opiszę moje osobiste zalety bycia muzykiem. Stay tuned!