Czasem można się ocierać o własną śmierć…

Od dzisiaj strona startuje z blogiem. Ot tak będę sobie skrobał teksty, których nie zmieszczę W twitterowych 140 znakach. Zacznę od jednej z moich ostatnich historii.

Mawiają, że życie jest delikatne i trzeba na nie uważać, w zasadzie to rodzice od zawsze mi tak mówią, i chyba mają ku temu powody, z resztą – mój tata jest strażakiem i ratowanie ludzi z zagrożenia jest jego profesją, i choć dzisiaj koordynuje te najbardziej „hardkorowe” akcje (jak powodzie, gwałtowne burze itp.) i jest wice komendantem rejonowym, to zanim się urodziłem był zwykłym strażakiem, który „po prostu” ratował ludzi.

Dotychczas śmiałem się z tej tezy, że jak to tak, że to aż tak łatwo? Nie przesadzajmy. Aż do października…

31 października, wtorek, czyli Halloween, i choć historia nie ma żadnego powiązania z tym świętem, bo go po prostu nie obchodzę, to jednak historia jest wyjątkowo mroczna. Organizowaliśmy w mojej rodzinnej parafii tzw. „Noc świętych”, czyli, analizując to można dojść do wniosku że to takie katolickie Halloween. Dlaczego? Też są duchy, też się to jakoś przeżywa, ale za tych duchów się nie przebieramy, ale modlimy się z nimi. Śpiewamy, medytujemy etc. Wystarczy tłumaczenia, na pewno znajdzie się ktoś kto jest niewierzący, a po prostu nie chcę go męczyć.

Po wszystkim składamy się, poszło to jakoś żwawo. Trzeba wracać do domu, jest 22:00, wioska robi się ciutkę mroczna, bo w przeciwieństwie do miast – u nas na noc wyłączają lampy uliczne. A że z kościoła do domu przynajmniej kilka kilometrów, to nie ma bata, trzeba się przejechać. Pierwszego, którego zazwyczaj proszę o podwózkę to mój tata. Jednakże, był na delegacji w ciągu dnia i myślałem że dalej na niej jest i nawet nie wyciągałem telefonu by po niego zadzwonić i się upewnić.

I to był błąd…

Otóż, tata już był w domu, ba! Wysyłał od co najmniej pół godziny iMessages że jest, i że jeśli chce, może po mnie przyjechać. Ja niewidziawszy tych wiadomości, mając włączony Nie przeszkadzać zgodziłem się żeby to mój znajomy mnie podwiózł do domu. Byliśmy z tego samego rocznika, był tzw. „Świerzakiem” za kółkiem, więc jak to młodzieżowa tradycja nakazuje, trzeba się wspólnie gdzieś przejechać.

Żegnamy się ze wszystkimi, w tym z księdzem z którym organizowaliśmy całe przedsięwzięcie. Ten dodał:

Tylko jedźcie ostrożnie, i najlepiej dziołami, bo na głównej drodze zapewne jest ślisko!

„Dzioły” to u nas taka jednokierunkowa droga, która idzie wzdłuż wsi i zarówno ja jak i kierowca, mamy „po drodze” jadąc nią. Jednakże my pojechaliśmy główną, z resztą: zwykłe porównanie, główna droga czy jakaś polna dróżka. Wynik chyba wydaje się dla każdego oczywisty, że główna. I tak zrobiliśmy.

No to teraz, creme de la creme całego tego postu

Ruszamy, już przy samym opuszczaniu parkingu dało się zauważyć, że kierowca, mój znajomy, lubi sobie wdepnąć w pedał gazu. Żywiołowo opuszczamy parking, i ta właśnia sytuacja zmusiła mnie do zapięcia pasów – czego, o zgrozo, zazwyczaj „w gościnę” nie robię. Kościół u nas umieszczony jest na górce, więc kawałek musimy zjechać z górki – zjeżdżamy, a ja staram się nie patrzyć na prędkościomierz, żeby się nie przerazić. Lekko zwalniamy wraz z pokonywaniem zjazdu z górki, mamy około 80, 90 km/h na liczniku. A na samym dole górki, sklep. Z którego to od zawsze wylewa się woda na jezdnie. Podobno przy budowie zostało tam niewłaściwie potraktowane jedno ze źródełek wody, stąd taki wylew na jezdnię. Do tego dołóżmy temperaturę około 0 stopnia.

Tak, wpadliśmy na tej wodzie w poślizg…

Najpierw nas lekko ściągnęło. Co mnie zaskoczyło, to to, że kierowca w ogóle nie dał sobą odczuć, że coś się właśnie dzieje. W pierwszej chwili myślałem że specjalnie za mocno skręcił kierownicą (tuż za tą wodą, jezdnia lekko odbija w lewo) jednakże zorientowałem się że to poślizg, gdy nagle auto zaczęło skręcać w prawo, nie zmieniając położenia kierownicy. No i wtedy nam obu włączyła się panika. Pruliśmy prosto na fosę, i… stalowe ogrodzenie jednego z domów. Ja już będąc pewny że to najwyższa pora pożegnać się z tym światem, w ogóle nie zwróciłem uwagi na parę szczegółów. No i walnęliśmy. Bardzo mocno walnęliśmy.

To chyba szczęście w nieszczęściu.

Mimo że z mojej strony pojazd nie wygląda tak źle jak u kierowcy, to z mojej strony pękła przednia szyba i jej odłamki zaczęły lecieć w naszą stronę. Sama siła uderzenia była tak duża, że zarówno mi, jak i kierowcy, ściągnęło okulary z nosów i wyrzuciło na tylną szybę lub siedzenia.

W każdym razie, kilka czynników zaważyły na tym, że wyszedłem z tego wypadku bez żadnego szwanku. Pierwsze, to to, że odruchowo podczas uderzenia, odwróciłem głowę w swoją prawą stronę, która to była „bezpieczna”, dzięki czemu poduszka powietrzna nie złamała mi nosa tylko lekko podrapała po lewym policzku. Drugie, to MacBook – miałem go ze sobą, w torbie, którą to trzymałem na nogach, i do tego wszystkiego, stojąco, a nie leżąco. To dało dodatkową ochronę w postaci zasłonięcia klaty, a co za tym idzie, pośrednio ochroniłem dla przykładu swoje płuca czy serce.

Skończyło się dobrze. Samochód co prawda jest jedynie do kasacji lub do rozebrania i sprzedania sprawnych części. Jeśli chodzi o nas, pasażerów. Ja wyszedłem bez najmniejszego skaleczenia, złamania. Nic. Zero. Null. Podobno to cud. Kierowca zaś jedyne co zrobił to lekko skaleczył palec ręki od rozbitego szkła, ale wygląda to na tyle niegroźnie, że większość myśli, że podrapał go kot.

Wtedy wsparcie było najważniejsze.

Szybka reakcja rodziców moich i kierowcy spowodowała, że nic więcej nam się nie stało. Do tego wsparcie znajomych którzy wiedzieli o zajściu i starali się pomóc słowem, to było coś niesamowitego i niezwykle pomocnego. Kasia, Kacper, dziękuję.

A teraz apeluję do wszystkich mniej więcej w moim wieku i mających prawko. Nie szalejcie tak. Nawet się nie obrócicie, a można przez to skończyć na cmentarzu. Tym bardziej, że moje zdarzenie było w przeddzień Wszystkich Świętych. Pozostaje mi jedynie powiedzieć, że w moim przypadku, chyba mam bardzo dobre układy z Górą.